Czasem zgłaszają się do mnie mężczyźni, z pytaniem, jak poradzić sobie( w domyśle – pogodzić się) z rozstaniem.
Wtedy pytam: Dlaczego chce się Pan z tym pogodzić? Wówczas na twarzy mojego rozmówcy rysuje się wielki znak zapytania. Potem słyszę zwykle: Przecież żona ode mnie odeszła, nic już nie mogę zrobić. Chciałbym nauczyć się funkcjonować w nowej sytuacji.
Pytam ponownie: Dlaczego chce się Pan z tym pogodzić, nie lepiej wrócić do żony?
–Nie ma na to szans -pada odpowiedź – po czym następuje seria argumentów typu: wypalenie, związek poza małżeński, brak wiary, siły…
–Walczył Pan o ten związek?
– (nieśmiało)….. wydaje mi się, że tak?
– W jaki sposób?
…. cisza……
-?
– …. chyba, tak naprawdę, nie walczyłem :-(
-A chce Pan powalczyć?
-Nie mam na to siły, nie wierzę, że się uda.
…………………………………
Zakopany topór
I tutaj jest pies pogrzebany. Panowie mili, drodzy … gdzie Wasza wola walki, Wasze męskie oręże? Czy mężczyzna może nie chcieć walczyć? Co w takim razie świadczy o męskości, jeśli nie wola walki? Panowie, walka jest wpisana w Waszą męską tożsamość. Rezygnując ze swojej męskości, przyczyniacie się do postępującej feminizacji społeczeństwa, która nikomu na zdrowie nie wyjdzie. Odkopcie czym prędzej topory wojenne i ruszajcie do boju!
Mężczyzna jest stworzony do walki
Odpowiedzialność za związek spoczywa głównie na Waszych barkach. To Wy macie mu stworzyć solidne, stałe i bezpieczne ramy. Mężczyzna musi być zdecydowany, musi wiedzieć czego chce. Rozchwianie emocjonalne można wybaczyć nam, kobietom, ale nie Wam. Wy musicie być stałym fundamentem, filarem na którym opiera się system rodzinny. Dlatego, Panowie, zadajcie sobie pytanie: czego chcecie, na czym Wam zależy? Jeśli zależy Wam na żonie, na rodzinie, to co by się nie działo, macie wystarczająco dużo siły, aby ją uratować. Rezygnacja z walki to czysty egoizm, za którym kryje się lęk, lenistwo, poczucie beznadziei, braku wiary we własne siły i możliwości.
Nieokiełznane emocje grożą powodzią.
Uprzedzając komentarze: nie, to nie jest tak, że On ma się starać, a Ona może sobie odpuścić. W związku pracy jest po równo, ciężkiej pracy. Oboje małżonkowie muszą troszczyć się o jego konstruktywny rozwój. W dużym uproszczeniu, mężczyzna troszczy się o niego od zewnątrz a kobieta od wewnątrz. To tak jak przy budowie domu: mężczyzna stawia mury, a kobieta dba o piękne wnętrze. Ona wnosi do związku emocjonalność, a On ma stać na straży tych emocji, czyli dbać o to, aby równowaga między pozytywnymi i negatywnymi emocjami została zachowana.
Jeśli emocje są dobrze rozumiane i wykorzystywane we właściwy sposób, to dają wszystkim domownikom poczucie bliskości, opiekuńczości i ciepła. Ale, kiedy w Niej zbiera się za dużo negatywnych emocji, a On nie reaguje na sygnały ostrzegawcze, to fala emocji zalewa dom i podmywa fundament. Osuszanie fundamentu jest o wiele trudniejsze i bardziej czasochłonne, niż załatanie jednej dziurki, przy pierwszym sygnale ostrzegawczym.
Jak okiełznać kobiece emocje?
- kobieta potrzebuje zostać wysłuchana i przytulona. Jeśli wraca z pracy zmęczona i zaczyna narzekać, że jest jej źle, to nie oznacza wcale, że oczekuje od Was rady. Pan „dobra rada” najlepiej niech się schowa w kąt. Zadaniem mężczyzny jest usiąść, wysłuchać cierpliwie, wypowiedzieć magiczne zdanie: „rozumiem, że jest Ci ciężko” i ewentualnie spytać „czy mogę Ci jakoś pomóc?”.W odpowiedzi macie szansę usłyszeć: „Już pomogłeś, bo mnie wysłuchałeś”. W ten oto sposób emocje zostają „zwentylowane” i przestają zagrażać podmyciem fundamentu.
- Kobieta potrzebuje czuć się adorowana. Nie tylko przed ślubem, ale do końca, do grobowej deski. Kobieta ma czuć się jedyna i wyjątkowa w oczach swojego mężczyzny. Ma to czuć, widzieć i słyszeć!
- Kobieta potrzebuje poczucia bezpieczeństwa tzn.
- żadnej innej kobiecie, nawet bliskiej przyjaciółce, nie zwierzacie się bardziej niż żonie. Jeśli czujecie, że przyjaciółka Was lepiej rozumie, jest to sygnał do tego, że należy nasilić pracę nad własnym związkiem, bo dzieje się w nim coś niedobrego. Bliskie przyjaciółki są niebezpieczne, chyba, że są wspólnymi przyjaciółkami obojga – męża i żony.
- żona musi czuć, że może na Was liczyć, czyli nie zostawiacie jej samej z problemem cieknącej rury, czy załatwianiem kwestii finansowych itd. Dbanie o dom i sprawy finansowe to męska rzecz. Czasem podział obowiązków bywa odwrócony, ale to wymaga szczegółowego omówienia i upewnienia się, że obie strony dobrze się z tym czują. Moim zdaniem, wbrew temu co głoszą tzw. „kobiety wyzwolone”, zamiana obowiązków znacznie podkopuje poczucie bezpieczeństwa u kobiet i odziera mężczyznę z męstwa w oczach kobiety. Świadczy o tym chociażby to, że związki, w których podział obowiązków jest zamieniony, bardzo często borykają się z problemem zanikającego życia sexualnego.
- wychowanie dzieci nie jest domeną żony. Obowiązek wychowania spoczywa na obojgu rodzicach. Mama ma większe predyspozycje do tego, żeby uczyć dzieci ciepła, bliskości, wprowadzać je w świat emocji. Natomiast tata ma być przewodnikiem po świecie, ma pokazać dzieciom jak radzić sobie w życiu, jak stawiać czoła trudnościom.
Oczywiście, powyższe punkty wymagają szerszego omówienia. Choć zawarta w nich treść zdaje się prosta, wcale taka nie jest. Bowiem zmiana w zachowaniu wymaga w pierwszej kolejności zrozumienia popełnianych błędów, przyznania się do nich, zmiany sposobu postrzegania związku i systemu rodzinnego oraz pełnionej w nim roli a na końcu poznania narzędzi potrzebnych do wprowadzenia i utrzymania zmiany i nauka umiejętnego ich stosowania.
Terapia par razem i osobno
Idealnym rozwiązaniem jest zaangażowanie się obojga małżonków w terapię pary, choć nie zawsze takie rozwiązanie jest możliwe. Zdecydowanie częściej mam do czynienia z sytuacją, w której tylko jedno z małżonków chce walczyć 0 związek, zaś drugie jest wycofane i o terapii nie chce słyszeć. Jednak nie jest to powód do załamywania rąk. Często bowiem wystarcza zmiana jednej ze stron, w myśl zasady: jest akcja to będzie i reakcja. Podstawowym narzędziem jest psychoedukacja. Jeśli jedna strona zrozumie problem i podejmie nad nim pracę, to nie ma siły, żeby nie wywołała tym zmiany po drugiej stronie. Przy takim scenariuszu druga strona, prędzej czy później zgodzi się na podjęcie wspólnej terapii pary, lub nawet taka terapia nie będzie już potrzebna, gdyż właściwie podjęta akcja, wywołała pożądaną reakcję. Jeśli jedna ze stron podejmuje wyzwanie i zaczyna pracować nad relacją, jest to tylko kwestią czasu, kiedy nastąpi zmiana w całym systemie..
Po cichu powiem, że o wiele łatwiej jest mężowi wpłynąć na zmianę zachowania żony, niż odwrotnie. Emocje, które targają kobietą, bardzo utrudniają jej podjęcie pracy nad relacją. Na terapię trafia zazwyczaj przepełniona skrajnymi emocjami, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Wystarczy jednak niewielka zmiana w zachowaniu męża i trochę cierpliwości z jego strony, aby u żony pojawiły się pozytywne emocje, które przesłaniając nieco emocje negatywne, sprawią, że żona otworzy się na dialog. A kiedy uzyskamy motywację do pracy po obu stronach, to na efekty nie trzeba będzie długo czekać.
Mężczyzna, który nie walczy, ginie.
W mojej pracy, największą satysfakcję czerpię obserwując, jak mężczyźni zaczynają chłonąć wiedzę na temat roli męża i ojca, jak męstwo i ojcostwo staje się ich pasją. Czasem łzy wzruszenia płyną mi z oczu, kiedy z początku zrezygnowani i pogrążeni w poczuciu beznadziei mężczyźni, odkrywają swoją siłę i podejmują odpowiedzialność, która staje się dla nich wyzwaniem, stylem życia, polem do ustawicznej walki. W ich oczach, pojawia się błysk, gwałtowność i zachłanność na życie. To ogromny skok w jakości funkcjonowania. Bo mężczyzna, który nie walczy, ginie. Dlatego, ci, którzy odważyli się wykopać topór, nie będą chcieli z powrotem go zakopywać.

21 komentarzy
No toś pojechała, Kochana… :) zgadzam się. w 100%. Tylko gdzie, w tym feministycznym świecie, takich mężczyzn znaleźć? sama znalazłaś to się ciesz;p
@Paola: Obawiam się, że jak znalazła to nie było jeszcze tak różowo. Zresztą nadal nie zawsze jest. ;-)
Sądzę, że w małżeństwie jest jedno ogromne pole do egoizmu – to pole osobistego rozwoju, ale tego, który jednocześnie służy współmałżonkowi. Wtedy wszytko idzie dobrze, bo pracując nad sobą rozwijamy się, ale także, niejako ofiarujemy tę pracę na rzecz tej drugiej osoby. Warto oczywiście wiedzieć, w którym kierunku chce się rozwijać, jakich narzędzi potrzebuje i gdzie ich szukać, ale to już temat na inną dyskusję. Ważne też żeby mieć świadomość, że to proces ciągły, dozgonny. Zresztą rozwój osobisty i zaangażowanie są jednymi ze składowych miłości, nie? :-)
Witam
Pozwolę sobie coś napisac. Artykuł to sama prawda. Napisze może coś o sobie. Mam aktualnie 28 lat. Zawsze wierzyłem w siłę czystych myśli, rozwój intelektualny, ambicje. Zawsze chciałem dawac z siebie 100%. W jakis sposób udało mi się. Skończyłem studia, a że wiara w siłę czystych myśli dalej się rozwijała- aktualnie kończę doktorat jednocześnie pracuje już 3 lata na Uczelni. Wiedziałem ze muszę byc konsekwentny, nie mogę zawiesc rodziców, a przede wszystkim wykorzystac swój talent- matematyczny talent. Pogoń za karierą, niejednokrotne przebijanie sie łokciami i najważniejsze- ABY NIE PRZEGAPIC tego jedynego okresu w życiu. Ale żeby też nie stracic kontaktu z przyjaciółmi, nie przestac byc człowiekiem. W moim przypadku był to konkurs na asystenta na jednej z lepszych uczelni w kraju. Udało się. Związków z kobietami w tym czasie było niewiele… ok w ogóle takowych nie było. Byłem trochę samotnym wilkiem. Zrozumiałem od dziecka ze najpierw osiągnij cos cieżką pracą- potem przyjemności. Tzw. odroczona gratyfikacja. Cały zasób przekwitających w moim mózgu neuroprzekaźników: serotoniny, dopaminy.. testosteronu zużywałem na nauke i sport. Przystojny jestem i nie miałem problemu z powodzeniem. Ale cały coś mi mówiło, czekaj na Tą odpowiednia. Oczywście można sie zabawic…wchłonąc krótkie romanse. Ale po co- odroczona gratyfikacja. Poznanie tej jedynej- miłosc, seks z miłosci to przeciez musi byc cos wspaniałego. Czytając to możecie powiedziec, że to smutne. Oczywiście ze dosc smutne. Chłopak (wrażliwy chłopak), w którego głowie kłębią sie myśli o moralnym postępowaniu, a wpuszczeniem tego ciśnienia… zabawą. Troche taka paranoja.
Obecnie poznałem wspaniałą kobietę. Praca na uczelni Nas połączyła. Ale to coś więcej. Zakochałem się w Niej, a Ona we mnie. Znamy sie dopiero rok. Ale wspaniale nam ze sobą. Do czego zmierzam w końcu napisze… bo już duży ten tekst.
W około mam mnóstwo dziewczyn, studenci to praktycznie same studentki. Na imprezach, konferencjach itd. mam mnóstwo okazji aby W KONCU zaczac sie bawic. Przeciez juz osiągnąłem to co chciałem. Mam pieniądze z grantów europejskich, dobrą wypłatę, pozycję. Teraz mogę PUSCIC cisnienie…iśc w tango. Przeciez tego mi trzeba… hotele na weekend z panienkami. Jednak po poznaniu tej osoby, wiem że teraz energia musi sie skupic na budowaniu dalszego etapu naszego życia. I tutaj odnoszę sie do artykułu. Własnie trzeba stac się mężczyzną- który konsekwentnie idzie przez życie- który wie czego chce. Rodzina, dzieci dalszy rozwój naukowy, wychowanie dzieci na wspaniałe osoby, zapewnienie im utrzymania. Zapewne to trudne, ale po to jest energia i umysł
Nie jestem wcale silną do granic osobowością. Od dziecka miałem różnego rodzaju stany emocjonalne, brak zdecydowania,- byłem uparty jak X, pochopny jak Y i samowolny jak X i Y. Ale uporem, ogromną pracą nad sobą udało mi się siebie określic. I wiem ze w przyszłosci nie bede musiał patrzec w przeszłosc z wyrzutami sumienia.
Na zakończenie dodam jeszcze że jestem jedynakiem:). Wiedziałem że tak muszę postępowac- nie mając u boku rodzeństwa, bratniej duszy. Wyrobic sobie mały półpancerzyk, aby nie dac sie wykorzystac.
Życie nie daje nam tego co chcemy, tylko to co dla nas ma. A my musimy sie nauczyc to wykorzystac
Dodam jeszcze coś, bo w poprzednim komentarzu o tym nie powiedziałem. W pewnym wieku miałem także różnego rodzaju stany lękowe. Byłem tez na psychoterapii. Po prostu potrzebowałem z kimś porozmawiac o tego rodzaju stanach. To wspaniale pomogło, ale przkonałem się ze musze pracowac nad sobą, aby nie zostac na ciapą, lebiegą i swego rodzaju latawcem, który boi się każdego podmuchu wiatru- bo nie wie gdzie go ten wiatr skieruje
Witam serdecznie.
Wcale nie podoba mi się to co Pani napisała.
Wcisnęła Pani mężczyzn w szablon zupełnie niewygodny.
A dlaczego ma tak być?
Dlaczego mają się przyporządkowywać stereotypom które pani tutaj prezentuje?
Kto powiedział że wszystko co się dzieje w małżeństwie jest zależne od mężczyzn?! Czy Pani w tym momencie nie umniejsza jednej i drugiej stronie?
Wcale tak nie myślę i stawiam kobiety na równi.
Są tak samo odpowiedzialne za losy związku i rodziny.
Powiem więcej.
Kobieta z racji swoich predyspozycji ( opiekuńcza, opanowana..) ma większe pole do popisu w stymulowaniu atmosfery domowej. Znam wiele kobiet silnych psychicznie i fizycznie.
Mężczyzna ma walczyć? Z kim?
A jak mu walka nie wyjdzie?
To też nie ma płakać?! Z tego co wiem to kanaliki łzowe ma każdy a
Każda sytuacja rozstań i problemów w związkach partnerskich jest inna bo różni ludzie je tworzą. Próby ustalania schematów do których można przyporządkować wielu to naprawdę ryzykowne.
Pozdrawiam.
Ps. Jak Pani tak ładnie wyszczególni również .. czego potrzebują mężczyźni to może chociaż troszkę zmieni to seksistowski obraz notki.
Zgadzam się z Kaśką. Artykuł jednostronny, przepełniony okropnymi stereotypami. Każdy zdrowy mężczyzna, oprócz tego, że jest silny, jest tez „słaby” – wrażliwy, ciepły, bywa bezradny i zagubiony. Jako psycholog Autorka tekstu zapewne wie, że tak kobiety, jak i mężczyźni noszą w swym wnętrzu nieprzebrane pokłady siły, ale także duży bagaż kruchości. Wszyscy mamy „męską” i „kobiecą” stronę – bez względu na płeć. Chłopaki też płaczą, też przegrywają. Miłość i związek to partnerstwo, także emocjonalne, a wspomniane w tekście stereotypy bardzo szkodzą!
I jeszcze do Pawła: A nie powiedzieli Ci na tej terapii czegoś o narcyzmie?